Skip to content

1.

„Czy ty mu wybaczyłeś? Teraz, gdy jesteś tutaj, czy jesteś pogodzony?” – Lidia, patrząc na Piotra, nie mogła uwolnić się od wciąż powracającego do niej pytania: „Czy wybaczyłeś, czy jesteś naprawdę pogodzony?”. – Miała fizyczne odczucie oddychania w rytm odpływów i przypływów tej nieustającej, dręczącej ją już wręcz, wątpliwości.

Wsłuchiwała się jednocześnie w każde słowo rozwijającej się między ojcem a synem rozmowy, wpatrując się przy tym na zmianę w twarz siedzącego po przekątnej do niej ojca i widzianą z profilu, siedzącego obok, po jej lewej stronie twarz Piotra.

Lidia była w tym mieszkaniu, w tym wnętrzu, po raz pierwszy. Choć fizycznie nigdy przedtem tutaj nie przebywała, duchem starała się dotrzeć tu: objąć, przewidzieć tę przestrzeń wiele razy. Dom dzieciństwa i wczesnej młodości Piotra. Miejsce, które było soczewką jego istnienia przez pierwszych dwadzieścia pięć lat życia…

Od najmłodszych lat Lidia intuicyjnie wyczuwała, że dom – miejsce, w którym osoba wzrasta – to nigdy układ elementów wyłącznie materialnych. Będąc osobą trzydziestoparoletnią, zaczynała coraz bardziej uświadamiać sobie, że dom dzieciństwa – to, czym pozostaje w człowieku na dalsze, dorosłe lata – to przede wszystkim ważny, a czasem najważniejszy punkt odniesienia; punkt będący w istocie systemem zakodowanych przekonań: na temat emocji i stanów, które kształtowały przez lata daną przestrzeń i żyjących w jej granicach ludzi; przekonań na temat życia i ludzi w ogóle; przekonań na temat tego, co dobre i złe; przekonań, do których pozostajemy w określonej relacji – niezmiennej albo podlegającej zmianom – przez całe swoje życie. (Choć często przecież kojarzy się go tylko ze wspomnieniem dzieciństwa).

Postrzegała Lidia dom – nie tylko dzieciństwa, ale dom w ogóle – także jako energię, której witalność i siła może kierować do przodu, ku nurtowi życia, albo której miałkość i ledwość może zdać na uświadomioną lub nie wegetację, a z czasem nawet na utrwalające się zastygnięcie, jałowość i marazm.

– Zostaliśmy zaproszeni na niedzielny obiad. Chciałbym, żebyśmy pojechali do moich rodziców za dwa tygodnie – stwierdził któregoś dnia Piotr uprzejmie i ciepło, ale w sposób, który w odczuciu Lidii nie zakładał ani możliwości oporu, ani tym bardziej odmowy.

To, co Lidia usłyszała od Piotra, zanim znaleźli się w tym domu – co wyłuskiwała z jego krótkich zdań i najczęściej urywanych wypowiedzi – w jej odczuciu od początku nie wróżyło dobrze.

Piotr był oszczędny, zdawkowy w swoich wypowiedziach: „Nie byłem u rodziców pół roku, nie jesteśmy w zbyt zażyłych relacjach” albo innym razem, mimochodem, przy okazji oglądanego wspólnie filmu powiedział, że doskonale rozumie, co znaczy trudne, bolesne dzieciństwo, co oznacza być ranionym dzieckiem.

„O co może chodzić? A może o kogo? O jednego z rodziców, czy obydwoje?” – próbowała dociekać Lidia.

Piotr wspomniał również, na samym początku znajomości, przy jakiejś okazji, której nie zapamiętała, że brak uwagi to jedno z największych przewinień w bliskich relacjach. Lidia później wywnioskowała z tych słów, że musi chodzić o ojca. Była wewnętrznie – w istocie: sama przez siebie – przekonana, że chodzi o niego.

Gdy mówił o rodzicach, Piotr stawał się jakby smutny, przygaszony, jakby coś wciągało jego energię głęboko do środka, gdy pojawiało się skojarzenie na ich temat. Jednocześnie wyraźnie zależało mu na pojechaniu tam z Lidią. „Dlaczego?”– zastanawiała się Lidia. Patrząc na Piotra, nie dostrzegała bowiem charakterystycznego dla takiej perspektywy entuzjazmu, a raczej pewne jedynie podskórnie odczuwalne poruszenie, którego jednak charakteru, natury nie potrafiła wówczas odczytać.

Szczególne było to, że Piotr nigdy nie mówił wprost na ten temat. Lidia nie odnosiła jednak też przy tym wrażenia, że chce on specjalnie ukryć cokolwiek. Czuła, że mogłaby pytać, ale również szczególne – dla niej samej – było to, że tak naprawdę wcale tego nie potrzebowała.

Lidia, mimo niewielu słów wyartykułowanych na temat rodziców, nie miała odczucia, że jest między nimi jakakolwiek bariera milczenia. Wręcz odwrotnie, ten czas przed wyjazdem był nowym doświadczeniem w ich wzajemnej komunikacji. Mimo oszczędności słów miała właśnie zaskakujące poczucie cały czas toczącej się między nimi głębokiej rozmowy. Utrzymywało się bowiem – w jakiejś trudnej do uchwycenia i precyzyjnego nazwania wzajemnie dzielonej, wspólnej pamięci wspomnienie tych kilku – wiele znaczących, wypowiedzianych dotąd przez Piotra słów; a wiele innych, z pozoru niewiążących się z nimi wypowiedzi, wyraźnie dla Lidii do nich nawiązywało.

(…)”

2.

„– Wybaczenie to najgorsza rzecz, jaką mógłbyś zrobić, w tej sytuacji…

– Nie jestem pewien, czy masz wystarczającą wiedzę, by to ocenić.

– Co masz na myśli?

– Nie jestem pewien, czy opowiedziałem ci wszystko, co najważniejsze, czy niczego nie pominąłem. Czegokolwiek, co może zmieniłoby jednak twoją ocenę.

– To, co powiedziałeś, absolutnie mi wystarcza. Nie musisz mówić już na ten temat właściwie nic więcej…

– Też tak czuję, jestem pewien, ale kiedy zostaję sam ze swoimi myślami, chwilami tracę rozeznanie.

– Rozeznanie… To wielka rzecz uzyskać, osiągnąć stan rozeznania: świadomego i szczerego wobec siebie przekonania, że człowiek rozumie, w czym tkwi, i choćby w określonym zakresie wie, o co w tym wszystkim chodzi. To cel, do którego każdy z nas zmierza. Ale póki wątpimy jeszcze w rozeznanie, w jakość i trafność oceny, warto moim zdaniem podejść do siebie samego od innej strony, bardzo nam naturalnej, bardzo ludzkiej. Zatem pierwsze proste, choć kluczowe pytanie, które należy zadać: Co czujesz? Pytanie, które należy sobie zadać: Co naprawdę, sam przed sobą, czuję?

– Tak naprawdę czuję, że myśląc to, co myślę, oceniając tę sprawę tak, jak ją oceniam, mogę nie mieć racji. Boję się, że postrzegam tę sprawę egocentrycznie.

– Egocentrycznie? A jak inaczej masz ją postrzegać? Najpierw musisz egocentrycznie. Oczywiście wtórnie egocentrycznie, swoiście egocentrycznie, by wiedzieć, do czego, jeżeli tak uznasz za właściwie, masz się zdystansować. Musisz wiedzieć, gdzie jesteś ty, gdzie są granice „ja” – osobistej preferencji, by potem starać się spojrzeć na tę konstrukcję z dystansu, z boku, z zewnątrz, by móc pobudzać, inspirować swój umysł do takiego jednak wciąż dla nas, rodzaju ludzkiego, niestandardowego spojrzenia.

– Autoinspiracja?

– Tak, tak to można nazwać, choć nie wiem, jak mogłoby to być ujęte naukowo, co powiedziałaby neuronauka na ten temat. Każdy, nawet przeciętnie inteligentny laik przyzna, że istnieje rozpoznawalna zdolność naszego umysłu do spojrzenia krytycznego, zewnętrznego wobec samego siebie, zdystansowanego wobec swojej istoty…

– Wydaje się, że tkwi w tej zdolności ogromny potencjał.

– Ogromny i tajemniczy jeszcze bardzo…

(…)”

3.

„Kim dla mnie jest? Wolę nie mówić ogródkowo, że przyjaciółką. Wolę nie nazywać jej przyjaciółką, gdyż we wnętrzu nie myślę tak o najbliższych osobach – kobietach; we wnętrzu mówię o nich po imieniu i otaczam myślą o autentycznej emocjonalnej i mentalnej bliskości. Wymieniam ich imię i myślę: „Bliska mi teraz i mam nadzieję bliska na długo, mam głęboką nadzieję, że na zawsze”.

Dlatego nie chcę nazywać również i jej przyjaciółką – po pierwsze, z tych właśnie przyczyn, że sama przed sobą, sama ze sobą – nie mówię o tych osobach w ten sposób. Po drugie, że słowo „przyjaciółka” zdążyło zdewaluować się w moim życiu już w przeszłości kilka razy. Zatem obecnie stosuję je – owszem – dla ułatwienia komunikacji, dla łatwiejszego skategoryzowania o kim, jeśli o nich, komuś opowiadam. Słowo „przyjaciółka” jest bowiem w powszechnym użyciu w naszej społecznej rzeczywistości, niemniej mówiąc językiem z wnętrza, poruszając się w tej rzeczywistości mojego ducha i umysłu, moich najbardziej osobistych odczuć i refleksji, nazwałabym ją raczej bliską osobą, ale z tym zastrzeżeniem, że taką bliską osobą, która kiedyś była bliska, a stała się obiektywnie daleka, a chciałabym, by stała się znowu bliska – trochę na powrót, a trochę, mówiąc najszczerzej – zupełnie na nowo…

(…)

Kiedy myślę o wielu latach naszej relacji, muszę uczciwie przyznać, że ona nie zawiodła mnie nigdy. Oczywiście, zdarzały się jej, jak absolutnie każdemu z nas, pojedyncze wpadki, zachowania, które przez jakiś czas mnie bolały, wydawały mi się zbędne, niestosowne, przykre, niepasujące do niej, ale tak naprawdę nie zawiodła mnie nigdy. Zawsze dotrzymywała danego słowa, zawsze gotowa, by nieść pomoc, zawsze obecna poprzez nieustanną i niepodważalną przez najmniejszą wątpliwość gotowość do bycia blisko, do wsparcia, nawet jeżeli była, właśnie: daleko faktycznie, fizycznie.

A ja? Jak to wygląda ze mną? Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o sobie. Dziś, kiedy po raz kolejny dokonuję oceny siebie w tej relacji i w tym kontekście muszę przyznać, że zawiodłam. Mimo że w czasie, kiedy zawód się dokonywał nie zdawałam sobie sprawy, że moje zachowanie tak może być odebrane i ocenione, nie zmienia to jednak faktu, że tak właśnie ostatecznie się stało. Zawiodłam, i to nie jeden raz.

(…)”

4.

„(…)

Tracąc z pola swojej wytężonej uwagi dzieci, a przenosząc jej ładunek na ich rodziców, zaczęłam badać wzrokiem ich oddalone ode mnie fizyczne postacie. Wiedziałam, że coś jest nie w porządku, wiedziałam przecież od początku, że coś musi być nie tak… Ta nienormalna, uderzająca cichość, to wyczuwalne napięcie nie tylko samych dzieci, ale całej atmosfery – czyli tym samym wszystkiego zespolonego z nią… Te wszystkie okoliczności przepowiadały, że coś niedobrego się dzieje.

I oni wyglądali niedobrze… Pamiętam, jak wytężałam wzrok, by to, co widziałam, jak najszybciej przetworzyć w jakąś racjonalną odpowiedź dla coraz bardziej nurtujących mnie pytań: „O co chodzi? O co może chodzić? Co tutaj się wydarzyło? Co strasznego się tutaj stało?”. I to pytanie, przyznam, zostało ze mną na lata… Wtedy, te ponad trzydzieści lat temu, moje pytania były trochę nieme, bez szczegółów – ogólne, całościowe, czysto emocjonalne – pragnęłam dociec, co mogło się stać, że ci bliscy mi ludzie, ci, w których wzajemną miłość wierzyłam, którzy byli jakimś tam, gdzieś w większej oddali, ale jednak znaczącym punktem odniesienia dla moich dziecięcych wyobrażeń o długowiecznej relacji; ci, którzy byli wskazywani jako pewien wzór nawet przez moich własnych rodziców, siedzieli w tamtym momencie, niby obok siebie, ale jednak jacyś sobie bardzo dalecy, zdruzgotani, zapadnięci, przepełnieni rozpaczą.

Ona (nie wiem, jak najlepiej byłoby dzisiaj ją nazywać – ciocia już nie jest aktualne, moja była ciocia brzmi niekoniecznie, po imieniu nie mogę – więc niech zostanie Ona). Ona wyglądała inaczej niż On, inaczej niż jej – niż swój mąż. Inaczej – tego, nawet jako dziecko byłam od razu pewna. W jakimś sensie zapadnięta w fotel, ale – jak się uważniej przyjrzeć – bardziej wciśnięta w niego siłą nacisku własnego ciała, nacisku pleców na jego oparcie. Nacisk ten wynikał z obranej postawy ciała, która była ukształtowana głównie jako wynik wcześniejszego wyprostowania się i zaparcia ciała na usztywnionych ramionach, które to ramiona zapierały się z kolei na dłoniach obejmujących wyrzeźbione drewniane figury wykańczające ramiona masywnych foteli. Odchylonej do tyłu i napiętej jak struna strukturze ciała towarzyszyła – dopełniając jego silnego, wymownego wyrazu – podniesiona nieco głowa, a ściślej odchylona nieco do tyłu w związku z podniesieniem podbródka do góry, o poziom lub dwa wyżej od normalnego, naturalnego poziomu utrzymywania tej części ciała, twarzy. Wciśnięta w fotel, nienaturalnie w nim zapadnięta, a jednocześnie wyprostowana, z podniesionym podbródkiem – jej postawa fizyczna, zaskakująca wobec jednoczesnego wrażenia zdruzgotania, rozpaczy i smutku zdawała się mówić: „ja decyduję, ja jestem na prawie, ja jestem ta lepsza”. Tak naprawdę jej twarz była bardzo smutna, ściągnięta jakby do środka, do wnętrza, w którym musiało odbywać się coś bardzo trudnego i bolesnego – jak interpretuję to dzisiaj, jako dorosła już osoba – jednocześnie jednak postawa jej ciała nadrabiała, jakby starała się, poprzez tak ukształtowaną postawę sylwetki, naciągnąć na całość swojego jestestwa inny kostium-wyraz. Takie silne wrażenie na jej temat wtedy zapisało mi się w pamięci. Jako dziecko, wcześniej, przed tym wydarzeniem, miałam przekonanie, że jest silną osobą. Ale już wtedy, w tamtych chwilach, będąc jeszcze małą dziewczynką, widok jej osoby wtedy nie stanowił dla mnie emanacji autentycznej siły, mój umysł nie odebrał jej postawy jako dowodzącej siły. Czy grającej siłę? Zapytana dzisiaj stwierdziłabym, że z największym prawdopodobieństwem: tak.

(…)”

5.

„Patrzę na jej pomarszczoną dłoń usiłującą przesunąć szklane naczynie, w którym od kilku chwil pali się już przyniesiony przez nas znicz. Niewielki, skromny, prosty znicz – taki, co to się kupuje, przyjeżdżając na cmentarz niby bez okazji, niby przy okazji czy przejazdem. Tak po prostu, by nie przyjść z pustymi rękami na czyjś grób. Takie znicze czy takie świeczki podobają mi się najbardziej. Nie są na żaden ogląd, na żaden pokaz, na żadną niczyją ocenę. Najszczersze, najpiękniejsze, najbardziej bezinteresowne. Te duże, ozdobne i efektowne też są w porządku, jeśli z serca… Ale takie jak ten tutaj są już zupełnie nie do oglądania i podziwiania, a tylko do zapalania, jakby były wyłącznie nośnikami światła, chciałoby się powiedzieć… Są jakby samym światłem, są tylko tym, po co się je przyniosło, z czym w dłoni i w sercu się tutaj przybyło. Są po to, by się spotkać. Po to, by to spotkanie rozświetlić, by je uświęcić. By powiedzieć: kocham cię, pamiętam…

Patrzę, jak próbuje samodzielnie umieścić ten mały znicz bliżej środka płyty pomnikowej, i nie potrafię stłumić bólu, jaki czuję ostatnio, coraz częściej, w sercu. Patrzę na blisko dziewięćdziesięcioletnią kobietę, która drżącymi dłońmi stara się jeszcze utrzymać przedmioty, ale idzie jej to coraz trudniej. Na moich oczach pochyla się niezgrabnie jak zmęczone sękate drzewo, które sprawia wrażenie, jakby było coraz mniej zakorzenione w ziemi, z której fizycznie wyrosło, z której materialnie pochodzi. Patrzę, jak jej związek z ziemią słabnie i przemija, tak jak bledną i płowieją kolory jej skóry i oczu. Ona gaśnie, a ja boję się, że jak już faktycznie ostatecznie odejdzie, nie będę potrafiła przyjść na jej grób i zapalić takiego małego, osobistego, pięknego i wyjątkowego światła. Boję się, że nie będę miała czego rozświetlać i uświęcać. Prędzej przyjdę w tłumie na pierwszego listopada i zapalę świąteczny, reprezentacyjny, półoficjalny znicz i wspomnę ją, owszem – rzetelnie – z wdzięczności za to, co dobre mi dała, za to, co chciała mi dać, za miłość, którą potrafiła kochać, za to, że chciała jak najlepiej, choć było, jak było… I z czystym sumieniem odejdę… A następnego dnia wrócę do codziennego życia. Będę miała czyste sumienie, że oddałam pokłon, uszanowałam, co jest do uszanowania, uczyniłam zadość obowiązkowi. Zostanę z czystym sumieniem… Boli jednak świadomość, że czyste sumienie nie jest, w takiej sytuacji, największym bogactwem, jakie można posiąść.

(…)”

6.

„(…)

Ten uśmiech – myślałam jeszcze o nim chwilę, patrząc, jak wyciąga rękę z kartką do każdej kolejnej osoby. Ten uśmiech – zdarzało mi się widywać takie uśmiechy na twarzach niektórych osób. Był to widok jednak rzadki; wspaniały, magnetyczny i rzadki. Widywałam oczywiście, oprócz tego rzadkiego różne inne rodzaje uśmiechów, w tym jeden, szczególnie często…

Chętnie bym jeszcze porozmyślała o tym jej uśmiechu, ale moją uwagę przyciągnęły też inne, obecne w sali osoby. Po słowach Francis dało się odczuć u zebranych pewne poruszenie. Odniosłam wrażenie, że jej ostatnie, trochę jakby przekorne pytania, trochę propozycje – o podjęciu niezobowiązujących, zapoznawczych rozmów ze swoimi sąsiadami – przypadł do gustu zebranym. Na kilku twarzach pojawiły się nieśmiałe uśmiechy. Uśmiechały się twarze, ale i uśmiechały się oczy. Nikt jednak na razie nie odważył się odpowiedzieć, odnieść się w tym samym tonie czy skomentować. W sumie – w pełni zrozumiałe – przecież to dopiero początek. A poza tym mieliśmy już pierwsze, na samym początku, trudne zadanie – odpowiedzieć na te trzy pytania. Cokolwiek by też mówić i jakkolwiek bardzo Francis byłaby przyjazna i zachęcająca, wszyscy szliśmy jednak ku nieznanemu. Nikt – włączywszy samą prowadzącą – nie miał i nie mógł mieć wiedzy, co może się wydarzyć i co nas właściwie czeka.

To trochę jak w tańcu, choć partner jest świetnym tancerzem i prowadzi pewną ręką, to jednak w tańcu niesie również sam taniec – sama melodia nie może być przecież do końca do przewidzenia…

Francis skończyła rozdawać kartki i zgodnie z zapowiedzią skierowała się ku wyjściu. Przechodząc obok miejsca pod zegarem ściennym, stwierdziła: „Teraz jest jedenasta dwadzieścia, czyli jestem z powrotem o godzinie jedenastej pięćdziesiąt”. Po tych słowach wyszła z sali i zostaliśmy w niej sami, ponownie. Trzynaście osób pozostawionych samych sobie – trochę jak uczniowie w klasie, a trochę jak na egzaminie z dojrzałości…

Pół godziny to dużo i mało – pamiętam, pomyślałam w pierwszej chwili. Mało – w świetle faktu, iż przyszłam tu właściwie nieprzygotowana. W istocie niegotowa do udzielenia takiej odpowiedzi. Być może wydać się to nieprawdopodobne, ale do tamtego czasu, do czasu tego spotkania, nie podjęłam w założeniu konstruktywnej i tym samym efektywnej analizy na temat tego, co najgorszego mnie w życiu spotkało… Co więcej, tak naprawdę wówczas nie wiedziałam jeszcze – niestety – czy to, że nie wiem, co mnie najgorsze w życiu spotkało, to dobrze, czy źle. To znaczy, czy to dobrze świadczy o mojej kondycji, czy wręcz odwrotnie? Wtedy jeszcze miałam charakterystyczne dla początkujących tendencje do udawania przed samą sobą i innymi, że może nic z kategorii „najgorsze” po prostu mnie w ogóle w życiu nie spotkało.

Francis wyraźnie poprosiła o ocenę subiektywną i samodzielną. I wobec siebie szczerą… Czyli nieważne, co myśli lub pomyślałby o mojej ocenie ktoś inny, istotne w tym momencie, co ja rzeczywiście myślę i czuję; szczerze przed sobą – czyli podejmując wysiłek wsłuchania się, czy sama przed sobą czasem nie chcę udawać. Rozejrzałam się wokół. Wszyscy trzymali swoje kartki w różny sposób i zastanawiali się najwidoczniej nad tym, co napisać, jak napisać…

Ja również – jak parę innych osób – dotykałam kartki, przekładałam ją w palcach, jakby czynność ta przybliżała mnie do obrania, do odnalezienia najwłaściwszej koncepcji tego, co chciałabym na niej napisać (wyartykułować). Oczywiście, jak wcześniej wspomniałam, nie byłam w tamtym momencie gotowa, nie byłam zdolna napisać tego, co faktycznie najbardziej by się nadawało… Cóż, z oczywistych przyczyn nie mogłam przywołać czegoś, czego w pierwszym rzędzie nie byłam w stanie zobaczyć. Nie potrafiłam tego wówczas dostrzec w sobie samej, w swoim życiu, to było wówczas dla mnie niewidzialne, prawda nadawała na innych falach, na innych częstotliwościach… Byłam wtedy bardzo daleko od tego, odbierałam na zupełnie innych poziomach.

(…)

Po tym pierwszym punkcie odłożyłam długopis i dałam sobie parę chwil oddechu. Znowu rozejrzałam się po otaczających mnie współuczestnikach i dotarło do mnie, jak różne są to osoby. (…)”