Skip to content
  1. NIEDZIELNY OBIAD

„(…)

Co mi tak bardzo przeszkadza w jego zachowaniu, co mnie tak bardzo uwiera? O co tu chodzi? O co mi chodzi, dlaczego czuję tak silne emocje?” – usiłowała po chwili, zrozumieć. Napinała całe ciało, jakby to miało pomóc w koncentracji, w odnalezieniu odpowiedzi: „Tak, on jest tam, mimo wszystko – jakby nigdy nic… On w gruncie rzeczy zachowuje się tak, jakby nic się nie wydarzyło”. – Lidia docierała w myślach do tego, co bolało i niepokoiło ją najbardziej. Z każdą chwilą coraz bardziej uświadamiała sobie, że tamta opowieść o domu rodzinnym Piotra widzianym z punktu widzenia ich życia, z daleka, z dystansu tutaj – w rzeczywistym jego miejscu stawała się jakby nieaktualna… Traciła swoją realność. Zdecydowanie bardziej realne wydawało się to, co właśnie się działo, czego była naocznym świadkiem. A była świadkiem tego właśnie: zachowań, interakcji, jakby między rodzicami a Piotrem nic się nie stało, jakby nic złego nie zaistniało w ich wspólnej przeszłości. Jakby było normalnie. Normalnie? Przecież jednak wierzyła Piotrowi, że to, co mówił, było prawdziwe – na temat przeszłości, na temat jego relacji z rodzicami. Zatem nie zakładała, by wtedy kłamał. Co zatem się dzieje teraz?

Faktycznie, pod tym dzianiem się „jakby nigdy nic” działo się – w najgłębszym odczuciu Lidii – coś bardzo trudnego. Nie potrafiła w tamtej chwili określić, co to było, co to mogło być, ale czuła, że to coś jest, rozgrywa się, dosięga ją i dociera do jej zmysłów.

Lidia uważała się za osobę wrażliwą. I rzeczywiście, była bardzo wrażliwą i bardzo inteligentną osobą. Niejednokrotnie potrafiła wyczuć naturę i istotę sytuacji, wychwycić i nazwać wiele z otaczającej ją materialnej i niematerialnej rzeczywistości. Nie miała jednak zdolności jasnowidzenia, mimo wszystko jej inteligencja była nadal inteligencją dostępną przeciętnemu śmiertelnikowi, zatem nieobce jej były wątpliwości czy rozterki wynikające z chwilowych braków rozeznania.

To, co silnie odczuwała w tej sytuacji, ale nie potrafiła tego nazwać, bardzo ją drażniło, niepokoiło, w szczególny sposób głęboko angażowało. Natomiast to, co ją jednocześnie w jakiś sposób raniło, wzbudzało jej lęk – to postawa Piotra. Wcześniej była pewna, że jest wobec niej autentyczny; wobec niej, wobec samego siebie i świata. Że jest naprawdę dojrzały i przez to również autentyczny. Ta autentyczność była dla niej jednym z podstawowych walorów jego osoby jako człowieka i jako mężczyzny. Tam jednak, w tym pokoju, podczas tego spotkania wiara, przekonanie o autentyczności Piotra, o jego sile do bycia autentycznym, została już boleśnie podważona. Lidia czuła się zdezorientowana. Jego postawa nie pasowała do niczego. Jedynym wytłumaczeniem byłoby to, że rzeczywiście wybaczył swoim rodzicom, ale patrząc na nich dzisiaj, na jego reakcje, na jego mimikę, obserwując ich przez kolejne mijające godziny, ugruntowywała się w przekonaniu, że nie wybaczył… Jego ciało mówiło wyraźnie o niewybaczeniu, o nieakceptacji, o niechęci. Jego zwerbalizowane słowa natomiast, sposób zwracania się do rodziców mówiły jednak o czymś jeszcze innym, o istniejącej pewnej zażyłości, o ich realnie istniejących, aktualnych oczekiwaniach wobec niego, takich, których nie ma się wobec jednoznacznie niechętnego względem siebie syna. Lidia spuściła wzrok i przymknęła oczy, jakby w ten sposób łatwiej było jej cofnąć się myślami do obrazów, wrażeń zapisujących się w jej umyśle przez ostatnie godziny.

„Nie tylko jego ciało mówi o niewybaczeniu… A matka?” – docierały do niej wrażenia z zapisywanych obrazów, wracały pojawiające się wcześniej refleksje. „Ona też przecież czegoś nie wybaczyła. Niewybaczenie jest w niej jeszcze bardziej widoczne niż w Piotrze” – stwierdziła po raz pierwszy w myślach Lidia. „Niewybaczenie wobec kogo? Piotra? Nie, na pewno nie, oczywiście, że nie.

(…)”


  1. W KAWIARNI

„(…)

– Myślę, że w relacji między nami - w naszej rodzinie - głównym problemem czy istotą problemu nie jest brak wybaczenia. Widziałbym je, oczywiście, ale jako wynik czy rezultat podjęcia jakiejś drogi, jakichś wysiłków.

– Myślisz, że problemem jest brak wysiłków, brak podjęcia drogi w określonym kierunku?

– Na to by wychodziło…

– Sądzisz, że wyartykułowanie wybaczenia teraz zniweczyłoby coś, co widzisz jako coś bardziej właściwego na tym etapie?

– Czy zniweczyłoby? To drastyczne słowo, ale nie jest dalekie od trafności. To jest szokujące dla mnie samego, ale tak właśnie myślę: wybaczenie teraz znowu by wszystko przytępiło i uśpiło, znowu pozwoliło utrzymywać się w fikcji, że jest całkiem dobrze, ludzko, znośnie… Może bylibyśmy dla siebie milsi, cieplejsi… Może, a może nie…

– Mówiłeś, że to byłoby powierzchowne działanie, że jesteś pewien, że to by zaledwie musnęło ojca po powierzchni.

– Tak, tak to czuję. Moim zdaniem nie ma w nim gruntu na to wybaczenie.

– Nie ma w nim gotowości?

– Tak, dokładnie… Nie ma w nim gotowości. On nic nie zrobił, by to wybaczenie otrzymać.

– Uważasz, że warunkiem otrzymania wybaczenia jest zrobienie czegokolwiek?

– Nie, oczywiście nie chodzi mi o wymianę. Jak zrobisz to i to, to ja ci wybaczę. Zupełnie nie o to mi chodzi…

– Wybaczenie samo w sobie jest bezwarunkowe.

– Tak, samo w sobie jest bezwarunkowe. Ale to, czy jest właściwym rozwiązaniem w danej sytuacji, zależy od zaistnienia określonych dla danej sprawy warunków zewnętrznych.

– Choćby gotowość na wybaczenie osoby, która ma otrzymać wybaczenie, gotowość całej sytuacji…

– Tak, właśnie tak. Mój ojciec nie ma tej gotowości. Sytuacja nie ma tej gotowości…

– Czasem wychodzi się od wybaczenia, a czasem – zgadzam się w pełni – ono jest ostatnim elementem procesu.

(…)”


  1. O NIEJ

„(…)

Dziś mogę w pełni odpowiedzialnie powiedzieć, że to, co dla mnie zrobiła w tamtym czasie, jest czymś, co zrobiła dla mnie ponad czasem. To, co dla mnie zrobiła, jest skarbem, który zachowam na całe swoje życie. Wiedziałam to w tamtej chwili i wiem dzisiaj, po kolejnych dziesięciu latach od tamtych wydarzeń. To ponadczasowy dar, jakim mnie obdarzyła. Nie każdemu w życiu pisane jest otrzymać taki dar, na który składa się wybaczenie tak szczególne, zbudowane z uczucia, wiary silniejszej niż ciężar przewinień osoby, której się wybacza… Nie każdemu dane jest doświadczyć uczucia bliskiego marnotrawnego, który mimo przewinienia, marnotrawienia czyjegoś uczucia, niedochowywania emocjonalnych deklaracji, mimo egoizmu, egocentryzmu i braku dojrzałości przyjmowany jest w progach zranionej przez niego osoby z radością, nadzieją i bez wyrzutów na przyszłość… (Nie każdy musi tego doświadczyć, to inna sprawa – każdy z nas ma inną drogę, inny los i miłości może doświadczać na różne sposoby – w różnej stylistyce).

Ponowne nasze zjednoczenie w tamtym czasie jest pewną cezurą w moim życiu, jedną z bardzo ważnych cezur, a kilka następnych lat – wspaniałym wspomnieniem. Przez te lata rzeczywiście wreszcie rozwijałyśmy naszą relację. I wtedy właśnie, w tamtym okresie bardzo głęboko poznałam bogactwo jej wyjątkowych cech – ten drugi element, obok faktu, co dla mnie zrobiła, za który tak niesamowicie ją cenię – dla którego powodu jest i pozostanie dla mnie tak ważna.

Ani dziesięć lat wcześniej, ani w ciągu kilku następnych lat rozwoju naszej relacji, naszej więzi nigdy nie pomyślałam, nigdy nie zatrzymałam się ani na chwilę, by zastanowić się, jakie zobowiązanie wynika dla mnie z tego, co ona dla mnie zrobiła. Niektórzy intuicyjnie, będąc w takich sytuacjach, doświadczając takich darów – takich gestów ze strony drugiej osoby, powiedzieliby: to zobowiązanie to nigdy więcej nie zawieść; zrewanżować się, odpowiedzieć lojalnością, niezawodnością, niepowtarzaniem starych błędów. I generalnie mieliby rację. Generalnie na pewno. Ale sedno sedna tkwi w szczegółach – ze szczegółów tak naprawdę można je tylko wywieść. To, co dla mnie zrobiła wtedy, ponad dziesięć lat wcześniej, co przywołuję bez przerwy w tej opowieści, określiłam już na kilka różnych sposobów, ale jest jeszcze jeden, który z punktu widzenia obdarowanego jest kluczowy. W tamten zimowy wieczór, gdy spotkałyśmy się po dziesięciu latach od poznania się, w tym bardzo długiego czasu rozłąki, przyjmując mnie z powrotem w swoje ramiona, otulając, przytulając do serca i otaczając ciepłem, zrobiła nic innego, jak spełniła głęboką potrzebę, jaką wtedy miałam. To, co zrobiła, było spełnieniem mojej głębokiej potrzeby mimo wszystkich moich przewinień, niedoskonałości, niejednoznaczności sytuacji, wszystkich jej niepewności i obaw. Niestety, nie przywiązywałam wówczas należytej wagi i znaczenia do nazywania rzeczy, stanów po imieniu, po imieniu ich istoty; nie przywiązywałam należytej wagi do dążenia do rozpoznawania i nazywania prawdziwej natury rzeczy; po prostu żyłam dalej bez cienia świadomości, że dar, jaki otrzymałam, nawet jeżeli ze strony darczyńcy jest bezinteresowny i jest darem czystej miłości – po mojej stronie, jak najbardziej i bez wątpienia rodzi określone zobowiązanie: trwając dalej w tej relacji, być w gotowości rozpoznawać jej głębokie potrzeby i jeżeli ich spełnienie może zależeć w jakimś zakresie ode mnie, otoczyć je uwagą i zaangażowaniem. (…)”


  1. SPOTKANIE Z M.

„(…)

– Widziałaś kiedyś osobę ludzką w stanie hibernacji? Rozpoznałaś kiedykolwiek u kogokolwiek stan hibernacji? – zapytała mnie, gdy zaczęłyśmy dziś na dobre naszą rozmowę. – Przyglądałaś się kiedykolwiek, z bliska, osobom, które funkcjonowały, które wiodły swoje wspólne życie, w tego rodzaju specyficznym uwarunkowaniu? – Podejrzewałam, do czego zmierza – miałam przecież pewne założenia, ale nic z tego nie zamierzałam jeszcze wyjawiać Miriam, nie na samym początku naszej rozmowy. – Gdybym nie była wtedy świadkiem tego zdarzenia między nimi, gdyby mnie tam nie było, całe życie myślałabym, że te zahibernowane w pewnych aspektach swego istnienia najbliższe mi osoby to autentyczni oni. – Miriam pochyliła głowę, cała się pochyliła, jakby chciała złożyć głowę na swoich kolanach, ale w jakiś szczególny sposób, tak jakby te jej kolana nie były jej, ale kogoś bliskiego właśnie.

Gdy odwróciła się ponownie twarzą w moją stronę, dostrzegłam w niej wyraźnie pewną nostalgię. Zwróciłam od razu uwagę na jej usta, których wargi połączone ze sobą, spoczywające na sobie nawzajem, jakby w stanie wyciszenia i zrelaksowania właśnie, spokojne jednak nie były. Zrobiłam, w odpowiedzi na jej słowa i gest – spontanicznie i bezwiednie – zaskakująco dla samej siebie krok, dwa, w jej stronę i dopiero w ciągu tych kilku sekund, pokonując ten krótki dystans, zdałam sobie sprawę, że niesie mnie głównie nagle uświadomione pragnienie położenia dłoni na jej głowie; kojąco, najłagodniej, jak potrafię, ale jednak na tyle zdecydowanie, by poczuła, jak bardzo chciałabym jej ulżyć i że chcę, jestem gotowa, by przejść razem z nią meandry tej sytuacji, przyjąć wiedzę o jej intymnych, osobistych przeżyciach dotyczących tego doświadczenia.

Gdy byłam coraz bliżej niej, przystanęłam na chwilę i spostrzegłam wyraźnie, że tak liczne przecież mięśnie jej twarzy intensywnie pracują, wprawiając usta w mikroskopijne drgania i pulsacje. Jej zamszowe usta, jakby ciepłe, miękkie – ani suche, ani wilgotne – emanujące zdrowym ładem zachodzących wewnątrz jej ustroju procesów. Tak, zdecydowanie te – zakładane przeze mnie – emocjonalne, uczuciowe trudy nie wpłynęły na jej zdrowie, przynajmniej nie na to manifestujące się oczom zewnętrznych obserwatorów. Patrząc na nią, muszę uczciwie przyznać, że mimo ewidentnych chwilowych napływów nostalgii, mimo zakładanego przeze mnie ciężaru, jaki musiała nieść, z jakim się musiała się zmagać – musiała czynić to według swoiście zdrowych prawideł, gdyż nie mogę stwierdzić inaczej niż to, że wygląda po prostu pięknie. Przedziwne. Z wyłącznie pomalowanymi rzęsami, oprószona na twarzy rozświetlającym pudrem i podkreślonymi różanym różem policzkami sprawiała wrażenie zadbanej, ale tak jakby od niechcenia, swobodnie, bez chęci maskowania czegokolwiek, a tylko jakby z zamiarem estetycznego podkreślenia – uwydatnienia atutów swej urody. Smutek, który mogła odczuwać, który – jak zakładam – na pewno odczuwała, w sposób niezwykle osobliwy harmonizował ze zdrowym wrażeniem, jakim emanowała jej bliska, droga mi twarz. Patrząc na nią dzisiaj, patrząc na nią z tak wielkiego bliska, zaczęło mnie coś nowego szczególnie frapować… Zaczęłam czuć silnie narastającą ciekawość, już nie tylko co do tego, co się wydarzyło wiele lat temu – bo co do tego uczucie ciekawości było mi przecież od lat znane i z nim przez lata obcowałam w swoim wnętrzu, ale też, i to było to nowe: w jaki sposób ona przez to przeszła, skoro finałem tej drogi jest całokształt osoby, którą widzę teraz przed sobą, a właśnie dziś zobaczyłam w tak szczególny sposób?

Stojąc tak, w odległości zaledwie około metra od niej, przyglądałam się właściwie już tylko jej twarzy i wyrzeźbionym w niej – i pomalowanym – wargom. Tak, jej usta – miękkie, zamszowe w pierwszym wrażeniu, przy możliwości bliższego przyjrzenia się – okazywały się podkreślone satynową pomadką w kolorze zgaszonej czerwieni, która na zasadzie kontrastu wydobywała z natury kolorytu jej skóry jasność, którą drobinki rozświetlającego pudru, jak opiłki szlachetnych kryształków opalizowały na moich oczach. Wszystkie te elementy wysycały jej obraz, jej wizerunek. Niczego nie było za wiele, niczego za mało. Były to dla mnie bardzo silne wrażenia estetyczne. A w połączeniu z perspektywą wejścia, już za chwilę, za moment, w głąb ich życia, w głąb ich – a w tej „ich”: również w głąb jej tak bardzo osobistej sfery – te wrażenia dodatkowo potęgowały moje poruszenie całą tą sytuacją.

Patrząc tak na nią, poczułam, że jednak nie chcę, w tamtej konkretnej chwili, wykonać tego gestu, że nie powinnam jednak. Nie powinnam w tej chwili położyć dłoni na jej włosach, na jej pochylonej głowie. Ten gest, w tej sytuacji, po chwili namysłu wydał mi się jednak niestosowny. Intencja jego wykonania wypływała właśnie z mojego przeświadczenia, że ona jest ofiarą całej tej sytuacji, niezawinioną ofiarą tego zdarzenia – ofiarą działań innych uwikłanych w nią osób. Ten gest, którym przede wszystkim chciałam okazać swoje do niej uczucie, moje zaangażowanie, w gruncie rzeczy mógł przekazać jej, wzmocnić z zewnątrz to z pewnością dzierżone wewnątrz niej, jej osobiste przekonanie, że została skrzywdzona, że została pokrzywdzona tym wydarzeniem sprzed wielu lat… Że jest niewinną niczemu ofiarą. Z chwilą położenia dłoni na jej pochylonej głowie, w momencie odczucia dotyku mojej dłoni i jego przekazu mogłaby odczytać ten przekaz dosłownie, a może i jeszcze szerzej, że moje współczucie to tak naprawdę litość, że lituję się nad nią, że ubolewam, że chcę złożyć jej szczególnego rodzaju kondolencje. A przecież nie chciałam tego! Nie chciałam nawet tego, by czuła się w jakimkolwiek stopniu bezbronną ofiarą, by choć przez sekundę tak się poczuła! Jeżeli nawet ona, w najskrytszych swoich zakamarkach zmagała się – na określonych etapach z takim poczuciem, z takim siebie postrzeganiem – ja nie miałam prawa takiej oceny jej przekazywać, narzucać, obciążać jej, ze swojej strony taką oceną, skoro nawet o taką ocenę na razie mnie nie prosiła. Patrzyłam więc na nią, stojąc w pewnym dystansie, od pochylonego nad kolanami ciała, ale po kolejnych chwilach nabierałam pewności, że nie podejdę aż tak blisko – zbyt blisko, by przekraczać granicę, której wcale przede mną jeszcze nie otworzono.

(…)”


  1. NA CMENTARZU

„(…)

Gdybym wiedziała wcześniej to, co wiem dzisiaj. Ale nie wiedziałam. Byłam głupia. Byłam głupiutka raczej.

Już słyszę w głowię rzeszę obrońców skandujących w odpowiedzi: „to nie twoja wina, byłaś dzieckiem, byłaś młoda, to ona powinna być dojrzała, mądra, mądrzejsza, ona powinna być przewodnikiem, a nawet wzorem. Ona, one, oni – nie ja…” – słyszę w skandującym, wielofonicznym, bezosobowym tłumie swój własny, osobisty, wewnętrzny głos. On zawsze chce postrzegać świat od swojej, od mojej strony. Pragnie umieszczać mnie w epicentrum – łapię go na tym zwodniczym działaniu dość często, niestety. Mimo prób krytycznego spojrzenia w głąb siebie czy też próby spojrzenia na siebie z zewnątrz, gdzieś w cieniu filarów świadomości zawsze czai się jednak pokusa, by powiedzieć sobie: nikt mnie nie uczulił, nikt mnie nie nauczył, nikt nie przygotował wystarczająco dobrze do rozumienia znaczenia tego, co dziś wydaje mi się i oczywiste, i zasadnicze, że czas biegnie, że chowając bezrefleksyjnie urazy, chowając je głęboko – daleko, jak najdalej od swojego własnego wzroku – można stracić tego czasu bardzo wiele, że szkoda czasu przede wszystkim na to, by żyć z kimś i blisko, i daleko, czyli ani blisko, ani daleko, że trzeba się zdecydować, bo potem może być za późno, że względność czasu, oprócz swych dobrodziejstw, niesie też twarde reguły: jeśli nie podejmiemy żadnych prób wykorzystania dostępnego czasu, możemy zostać nagle zamknięci, jak w klatce, w potrzasku, że śluza czasu może nagle się zamknąć, że czas niespodziewanie zakręci pętle i nagle – choć faktycznie i obiektywnie tego czasu będzie jeszcze trochę, praktycznie i subiektywnie nie będzie go już wcale, by dokonać czegoś, czego nie dokonało się w przeszłości. Tak, ta pokusa czai się w tyle głowy, by zwalić na innych, jakichś innych – najchętniej bliskich innych, którzy mogli przygotować, ale nie przygotowali. Tylko – żyję już zbyt długo, by tego nie stwierdzić – jak mieli przygotować, kiedy sami nie wiedzieli? Kiedy tak samo, jak my, są zaskakiwani, tak samo, jak my nieprzygotowani, niewiedzący i tak samo zdezorientowani…

Jeżeli nie wiadomo, kogo dokładnie i precyzyjnie winić za zaistniałą w naszym życiu sytuację, najlepiej chyba jednak nie winić nikogo, w ogóle. Zamiast dociekać winy, zatrudniać i utrzymywać często latami wewnętrznych oskarżycieli i obrońców, wytaczać obciążające mentalnie i psychicznie rozprawy i tracić kolejne nawały czasu, najlepiej po prostu wziąć odpowiedzialność za sytuację. Przyznam, że takie podejście coraz bardziej mi się podoba. Czuję ulgę, taką na podstawowym poziomie, taką naturalną, jakby wpisaną w nasz kod genetyczny, kiedy myślę o sobie samej odrzucającej podszepty, to całe gderanie wielofonicznego, często wciskanego mi przez lata mnóstwa przekonań narzucanych przez tak zwane kręgi społeczne (od tych najmniejszych po zakresowo najszersze). Odradza się we mnie poczucie lekkości i swobody, gdy wybieram te właśnie drzwi, ten korytarz, ten kierunek: samoodpowiedzialność, samostanowienie.

(…)”


  1. WARSZTATY

„(…)

Siedziałam więc na wybranym przez siebie krześle w nadanej sobie samej autorytatywnie z góry pozycji obserwatora. Rozglądałam się dookoła – dyskretnie, ale bardzo uważnie. Nie mogło w tej chwili tak zupełnie nie przejść mi przez głowę, że może nie jestem jedyną, która nie czuje się zdeklarowanym uczestnikiem tego spotkania, i faktycznie przeszło… Pomimo poczucia ówczesnego wyobcowania i skrajnego zindywidualizowania racjonalny mój umysł podpowiadał mi, że skoro jestem ja, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że istnieje jeszcze ktoś inny, kto ma podobne założenia. „Niewykluczone…” – pomyślałam, przypatrując się siedzącym obok mnie osobom.

Brunet – jakoś tak go nazwałam na samym początku i zostało mi już tak w głowie – wyglądał bez wątpienia zaskakująco jak na uczestnika tego rodzaju spotkania (według schematu ukutego przynajmniej w mojej głowie). Dlaczego zaskakująco? No właśnie, dobre pytanie… Był, o dziwo, wyluzowany. Pewny siebie, a może nawet zbyt śmiały? Takie sprawiał wrażenie, na pewno na mnie, ale sądzę, że i inni mogli czuć podobnie. Co jedyne mogło zdradzać pewne jego spięcie, to założone, skrzyżowane na klatce piersiowej ramiona. Rozglądał się po sali z życzliwym, lekkim i raczej przyjaznym uśmiechem – podobnym do tego, którym tak mile i uprzejmie potraktował mnie w drzwiach, demonstrując najwidoczniej swojej pozytywne i otwarte nastawienie. Tym bardziej jako frapujące odczułam w sobie pytanie: „Co jednak skrywa w zanadrzu ten mężczyzna?”. Na pewno coś chowa przed światem – coś, co nie pozwalało mu być swobodnym do końca… Wydał mi się na pierwszy rzut oka pewny siebie, swobodny w sposób, którego ja w tej samej chwili byłabym gotowa mu z podziwem pozazdrościć, ale po chwili obserwacji dotarło do mnie, że nie była to swoboda całkowita. Ta swoboda nie była u niego totalna, nie był, w moim odczuciu, przeniknięty i ogarnięty nią całkowicie. Owszem, w dużej mierze go dotyczyła, w dużej mierze była jego organicznie – to była część jego temperamentu; ta ekspresyjność, spontaniczność były uwolnione przez nic innego jak przez potrzebę i poczucie swobody. Niemniej ta swoboda nie była w jego przypadku wszechwładna… Coś ją jednak hamowało, coś ją kontrolowało. Siedział do mnie nieco bokiem, jakby z profilu, patrzył przed siebie, w kierunku siedzących po jego przekątnej osób. Pewnie czynił w tamtej chwili obserwacje podobne do moich, na temat innych osób.

Był ubrany w bardzo dobry jakościowo garnitur z materiału delikatnie połyskującego i białą koszulę. Założona noga na nogę uwidoczniła dobrane stosownie do stroju – długie, czarne skarpetki oraz eleganckie buty – znowu, delikatnie jedynie połyskujące. Biała koszula – bardzo przyjemna w oglądzie, z dość grubej, dobrej gatunkowo bawełny, misternie, elegancko skręconej – to byłam w stanie ocenić nawet z dzielącego nas wówczas dystansu; koszula bez krawata, z ostatnim guzikiem rozpiętym w sposób sugerujący, że jest już w swoim prywatnym czasie. Wyglądał jednak tak, jakby na to spotkanie wybiegł prosto z biura. Właśnie: biura, może nawet z własnego gabinetu? Miał w sobie coś z posągu, posągowej męskości – męskości, która była w stanie ubrać, ustroić, w istocie przysłonić nawet jakąś skrywaną niemęską resztę… Brunet był z pewnością bardzo męski zewnętrznie, ale choć przecież nie miałam na tamtym etapie pojęcia, kim i jaki jest, to jednak ta męskość nie wydała mi się godna zaufania, nie wydała mi się męskością wiarygodną. Kiedy stawiam takie sądy, od razu sumienie każe mi stwierdzić, że mogą być krzywdzące. Mimo takiego pozytywnego przypuszczenia nigdy nie porzucam moich pierwszych wrażeń, nigdy ich nie oddalam; zawsze staram się weryfikować je przy mojej ostatecznej ocenie. Wierzę w nieprzypadkowość i określone znaczenie tych pierwszych wrażeń.

Gdy jeszcze płynęłam na fali tych moich przemyśleń na temat Bruneta, nagle, gdzieś jakby ze strony bocznych drzwi, zaczął dochodzić dźwięk stukania obcasów o podłogę, a zaraz po tym skojarzenie idącej w butach na obcasach kobiety. A potem nagłe olśnienie, że to musi być ona. Uzmysłowiłam sobie, że od dłuższej już chwili nie patrzyłam odruchowo na zegarek – tak, jak to zwyczajowo, a czasem i kompulsywnie – w takich, jak ta sytuacjach polegających na oczekiwaniu czynię, ale jakiś szósty zmysł kazał mi uznać, że liczba zasiadających we wnętrzu sali osób nie zmieniła się od jakichś dziesięciu, a może i nawet piętnastu minut… Tak, rozejrzawszy się po sali, a następnie po twarzach i postawach innych osób, potwierdziłam słuszność swojego wrażenia, nie mogło być inaczej; grupa była już zebrana.

Odgłos postukiwania obcasów stawał się coraz głośniejszy, coraz bliższy i po niedługiej chwili z bocznych drzwi wyłoniła się i kierowała ku środkowi sali kobieta. Tak, to była ona.

(…)”


  1. KU ŻYCIU

„Wiedzie mnie w to miejsce myśl… Już dawno temu na mnie zasadzona, mam poczucie, że krążąca już wokół mnie długo wcześniej w zupełnie innych niż obecne okolicznościach. Przecinająca już moje dawniejsze szlaki, ale przemawiająca wówczas do mnie niebezpośrednio; nieujawniająca się wtedy w pełni – jedynie niby przypadkowymi skojarzeniami, uciekającymi jak nagły błysk chwilowymi olśnieniami – owszem: przyjemnymi, obiecującymi, ale wówczas bardzo szybko, bez trwałego śladu, znikającymi.

Myśl skąd indziej pochodząca, dokąd indziej zmierzająca... Jakby to nie ona dla mnie, ale jakbym to ja była zadaniem na jej drodze.

(…)”